Po Slimunox nie mam efektu jojo

Jak na razie idzie bardzo dobrze, w sumie to miałam napisać o czymś innym, dzwonek do drzwi, wpadła sąsiadeczka z wizytą, przeniosła kawał placka (akurat to czego najbardziej potrzebuję po diecie i odchudzaniu). Pogadałyśmy, prawda jest też i taka, że było mi przyjemnie, jak się wypytywała, w jaki sposób udało mi się tak schudnąć. I widząc lekką zazdrość w jej oczach wiem, że nie była to zwykła sąsiedzka kurtuazja, choć jak się tak zastanowię, to jest mi troszkę głupio z tego powodu.  Nie ukrywałam przed nią, że w moim przypadku bardzo pomogło mi zastosowanie Slimunox. nawet przy niej się stanęłam na wadze. Wynik dokładnie taki sam jak ostatnio. Nie było nawet 100 gram więcej, co mnie cieszy i to bardzo. Natomiast czy jej pomoże Slimunox? W sumie to szczerze jej tego życzę. Bo w jej przypadku, to już nie nadwaga, a otyłość. Wspaniała, kochana kobieta, która pomaga o ile może pomóc, a równocześnie nie jest zołzą co to wszystko o wszystkich musi wiedzieć. taka dobra sąsiedzka dusza i to w pełni tego słowa znaczeniu. Nie mniej u niej z odchudzaniem będzie sprawa poważniejsza, bo ma poważne problemy z tarczycą.

Zupa dyniowa na słodko…

No cóż jak przed swoistym postem, czyli przed dietę, to w ostatnie dwa dni postanowiłam zaszaleć, a że okres temu sprzyja, to zupka dyniowa na słodko którą uwielbia moja rodzina w sam raz. Poniżej podaję przepis dla naszej gromadki (1+3). Dlaczego 1+3? Może jak kiedyś będę miała ochotę do zwierzeń to napisze dlaczego jest tak a nie inaczej…, w każdym razie garnek jest potrzebny duży, bardzo duży… i u mnie znika w dwa dni…

Produkty:

Dwie średnie dynie (takie po około 1,5  kg szt), paczka cukru wanilinowego, budyń waniliowy, kilka goździków i cynamon (nie piszę kup paczkę, bo przeważnie każda z nas to ma w kuchni, jak nie to kup po paczce i to co zostanie będzie na później). Mleko, cukier, jak ktoś lubi to mleczko kokosowe, ale nie jest konieczne

Za to konieczny jest blender, bo zupę na końcu miksujemy na krem dyniowy

Przygotowanie – proste, dynie kroimy na osiem, tak aby było ją łatwiej obrać ze skórki… tę ścinamy z każdej części dyni. Wszelkie pestki i włókna znajdujące się z pestkami w środku dyni też usuwamy (tu w zależności od woli, jak chce nam się bawić w suszenie pestek to je zostawiamy i suszymy, jak nie to do kosza, ja jestem leniwa, więc wszystko poleciało do kosza). Jak mamy tak oczyszczoną dynię, to kroimy ją jak popadnie na 2 cm kawałki.Wrzucamy do garnka, zalewamy 2 szklankami wody i gotujemy, aż się praktycznie cała rozpadnie. Uważamy tylko aby się nie przypaliło, no i jak woda zbyt szybko odparuje, to delikatnie ją uzupełniamy. Tak aby po ugotowaniu było to w miarę gęste. W tym czasie do tak gotującej się bazy naszego kremu wrzucamy kilka goździków i troszkę cynamonu do smaku… u mnie to około 1/5 łyżeczki. Jak dynia zacznie się rozpadać, skręcam ogień, bo wcześniej gotowałam na około 70% mocy, wlewam pół litra mleka, dodaje ponad pół szklanki cukru, jak ktoś lubi mocniej słodką to więcej, można też słodzić miodem…  i znów doprowadzam do wrzenia…, teraz w garnku ląduje paczka lub dwie (jak u mnie) cukru wanilinowego, oraz rozrobiony w zależności od gęstości w połowie szklanki zimnego mleka jeden lub dwa budynie waniliowe. U mnie dzisiaj wystarczył jeden, choć poprzednio zużyłam dwa… tu też dużo zależy od tego z czym będziecie jeść ten krem i czy wolicie tego rodzaju zupy rzadsze czy gęstsze. Jak budyń ją zagęścił, to zmiksowałam wszystko blenderem i gotowe. No prawie, bo my taką zupę jemy z lanymi kluskami. Ale można też z makaronem, a gdzieś czytałam, że i z grzankami dobrze smakuje. Przepisu na lane kluski nie podaję, bo łatwo go znaleźć w necie, a przypuszczam, że każda z Was sama ma swój własny przepis. Zupka może nie wygląda super apetycznie, co widać na zdjęciu, które byłam zmuszona zrobić bez lampy błyskowej, bo z włączoną, wychodziło jeszcze gorzej, ale jest naprawdę smaczna.

Smacznego… 🙂

 

Postanowiłam coś zmienić…

Dzisiaj postanowiłam, że pozbędę się swojej nadwagi. Może nie jest tego dużo, ale nie jest i mało. Przynajmniej dla mnie. Stwierdziłam, że start bloga będzie ku temu dobrym momentem. Będzie siła motywująca, bo zamierzam, może nie co dzień, choć tego też nie wykluczam, wszystko zależy od czasu i nastroju, pisać o tym jak to się u mnie posuwa i w którym momencie ogłoszę sukces, lub to czego bardziej się spodziewał, ćpnę to wszystko w kąt i upiekę jakieś ciasto z bita śmietaną, co będzie koronnym dowodem na kapitulację i rezygnację z diety. Dzisiaj tylko sygnalizuję temat. Więc napiszę jeszcze, że korzystając z okazji postanowiłam przetestować jeden suplement wspomagający odchudzanie. Nie abym oczekiwała cudów, ale sprawdzę co i jak. Zdecydowałam się na Slimunox i właśnie dzisiaj zamówiłam go na stronie dystrybutora http://slimunox.pl Zresztą, do czasu aż ewentualnie się nie wścieknę, to będzie wisiała ta strona w „przydatnych linkach”. Paczki spodziewam się pojutrze, skoro dzisiaj pod wieczór zamawiałam. Więc dzisiaj i jutro ostatni dzień obżarstwa… dobra konkretniej…. pozwolenia sobie na potrawy ciut tuczące… Z tego powodu za chwilę dodam kolejny wpis jednej potrawy, którą uwielbiam, pomimo, że nie specjalnie wygląda kolorystycznie, a o której przy diecie będę mogła zapomnieć…  W związku z tym iż jutro będę jeszcze w ostatniej dobie przed startem, pozwolę sobie opisać dlaczego wybrałam konkretnie ten suplement… ale to jutro…

Już troszkę lepiej, ale do doskonałości daleko

Jak widać blog się zmienia, a ja uczę się wszystkiego po kolei. Nie jest jeszcze perfekcyjnie, tak jak bym chciała, ale strona uważam prezentuje się o niebo lepiej jak 14… Mam nadzieję, ze z każdym wpisem będzie coraz ciekawiej i lepiej. I jeszcze jedna sprawa. Wiem, ze jak ktoś bierze się za pisanie bloga. Właśnie bloga czy blogu> Mniejsza z tym. W każdym razie osoba taka powinna się wznosić na wyżyny języka polskiego, szczególnie ortografii i gramatyki. Niestety… z ortografią u mnie jest jak jest. Dzisiaj i tak o niebo lepiej jak w szkole, ale do ideału mi daleko. Wiem, że program podkreśla błędy.. ale może się zdarzyć, że coś przeoczę… wiec jak tak się stanie, to sorki, taka jestem… i albo ktoś to zaakceptuje i będzie wpadał od czasu do czasu, a może nawet komentował… Właśnie, muszę to jeszcze uruchomić… 🙂 albo odejdzie zdegustowany, że ktoś kto robi jakieś tam i błędy wziął się za bloga… No cóż proszę mi wybaczyć, ale nie ma przymusu…

Kilka słów o blogu, a może i o mnie?

No i startujemy. Co prawda robię to po części na „wariackich papierach”, bo ani zdjęć nie wybrałam, ani logo nie dopracowane… ale postanowiłam już nie czekać. W końcu to tylko wpis informacyjny, a jak zobaczę co i jak to i łatwej będzie dobrać szczegóły.

W każdym razie słów kila o tym czego będzie można się spodziewać na blogu.

Po pierwsze jak widać zdecydowałam się założyć blog nie w jakimś portalu jak np oferuje onet, ale tak prywatnie, że tak napiszę, z własnym adresem, na własnym serwerze (ok, nie do końca własnym… wynajętym) Jest to rozwiązanie mające i plusy i minusy. Mam nadzieję, że się nie przeliczyłam i plusy przewyższą minusy

Po drugie. Pisać będę o wszystkim, o tym co mnie boli, o aktualnych wydarzeniach, które w ten czy inny sposób mnie zdenerwowały lub zaciekawiły. Będę się starała by przynajmniej był dodawany jeden wpis w tygodniu. Choć swoistym marzeniem, które nie wiem czy będę wstanie zrealizować, byłby jeden wpis dziennie, ale pewnie na to nie będę miała czasu.

Po trzecie. Dopuszczam, jak na razie możliwość komentowania swoich wpisów. Jak długo to utrzymam, nie wiem. Wszystko zależy od kultury osób które ewentualnie będą komentarze pisać.

To tak na szybko, ogólnie. Nie zamierzam pisać książki o tym, co bym chciała, co zamierzam… i tak zapewne życie to zweryfikuje.

A teraz parę słów o mnie. Powiedzmy, że mam na imię Joanna. Mieszkam w Polsce. Gdzie? To nie jest istotne. Mam trójkę dzieci. I to cała moja rodzina. Życie nie raz mi dało za przeproszeniem po dupsku. Wiem co to radość, jak i żal czy smutek w tym po stracie najbliższych. Może to się komuś nie spodobać, może uznać, ze skoro nie otwieram się całkowicie w swoim blogu, to może nie jestem szczera? Właśnie odwrotnie. Nie zamierzam nikogo obrażać. Jednak dzisiejszy świat jest taki, jaki jest. Wiele osób może po prostu może dla fanu zrobić coś co będzie godziło we mnie. To byłby mały problem. Ale ja mam dzieci i ich skrzywdzić nie dam… a wiadomo jak jest z ewentualnym hejtem.  Będę się tak starała prowadzić tę stronę, by utrzymać swoją sferę prywatności. Dlatego też o ile będę publikowała zdjęcia, to nie będą to żadne fotki rodzinne… Jak zobaczycie moje wpisy na blogi, tematy które poruszam, to przypuszczam, że większość z Was, szczególnie mających dzieci, zrozumie dlaczego postąpiłam tak a nie inaczej…